[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Ty, Kryśka, na dnie sinieńkiej wody siedziała i rybki pasła...
Halenka? babulko? a Halenka?
A ja babulko? a ja gdzie była?
Widać prababka trzyletnią Helenkę pocałowała, bo po izbie rozległo się głośne cmoknię-
cie. Potem ze śmiechem, w którego starym klekocie czuć było rozkosz, odrzekła:
Halenka w gęstej trawie siedziała i robaczki pasła...
Wtem drzwi stuknęły i po izbie rozszedł się mocny zapach ziół polnych.
Czy to ty, Pietrusia? zapytał w zmroku głos chrapliwy i szepleniący.
Mama! zadzwonił dziecięcy chór.
Wszyscy wy tutaj? zapytała wchodząca.
A wszyscy.
Adamek śpi?
A śpi.
42
To i chwała Bogu. Ot, zaraz ogień rozniecę i kartofli zgotuję, com ich dziś w ogrodzie
nakopała.
Oj, dobre kartofle... młode... z wyrazną rozkoszą zaszepleniła babka.
Dobre... oj, dobre... powtórzył dziecinny chór.
Szeroki ogień zapłonął w piecu i oświetlił izbę, w której przez upłynione lat kilka zaszły
niejakie zmiany. Ale były to zmiany na dobre. Więcej dostatku i więcej wymysłów. Pomiędzy
oknami stała komódka, a na niej dwa mosiężne lichtarze i lampka ze szklannym kominkiem.
U okien firanki z kwiecistego perkalu i pachnące geranium całe w czerwonym kwiecie; za
szybami szafki białe talerze, a na jednej ścianie kilka obrazków w błyszczących ramkach.
Wszystko to Michałek poprzynosił do domu. Gdy tylko gdziekolwiek za interesem jakim po-
jedzie, zawsze coś ładnego przywiezie do domu, a potem sam z tych przybytków cieszy się
jak dziecko i żonce cieszyć się każe. Gdyby i nie kazał zresztą, ona cieszyłaby się sama. Oczy
jej kochają się w jaskrawych barwach perkalowych firanek i złotawych połyskach mosięż-
nych lichtarzy, a jeśli stąd doświadcza jakiego zmartwienia, to tego chyba, że ślepa babka
tych wszystkich piękności i wygód, w jakie ona teraz opływa, widzieć nie może. Opowiada
jej o nich za to długo i szeroko i każdą rzecz nową do pomacania jej daje. Zresztą, wszystkie
stare rzeczy pozostały w tej izbie, tak jak i były. Aawy, stoły, statki gospodarskie, trzy krzesła
z drewnianymi poręczami, krośna tkackie Pietrusi, w kącie jednym wielki stos różnego żela-
stwa i nad nim na ścianie kilka nowych, tylko co w kuzni zrobionych siekier, pił, kruków i
szczypiec. Na krośnach tkackich Pietrusia r a d n o rozesłała i na nie wysypała z fartucha
rozsypane zioła. Potem zakrzątnęła się około wieczerzy; dzieci niby ptaki z pieca zleciawszy
biegały koło niej bosymi stopy i szczebiotały te dziwy, które im babula o zmroku opowiadała.
Mamo! ja na dnie sinieńkiej wody siedziała i rybki pasła...
A ja w gęstej trawie siedziała i robaczki pasła...
A ja na wysokim, wysokim drzewie siedział i wronki w powietrzu pasł...
A Jadamek w lesie siedział i zajączki pasł...
Sypiąc kartofle do garnka Pietrusia żartobliwie przekomarzała się z dziećmi, na piecu stara
aż zachodziła się od śmiechu, że te d u r e ń k i tak zupełnie we wszystko, co mówiła, uwie-
rzyły.
W pół godziny potem wrócił do domu kowal. Dzieci ku niemu się rzuciły.
Tatku, ja w sinieńkiej wodzie...
A ja, tatku, na wysokim drzewie...
A ja w gęstej trawie...
A Jadamek w lesie...
Michałek jedno po drugim na ręce je brał, jak piórka wysoko nad głowę swą podnosił i po-
całowawszy na ziemi znowu stawiał. Szeroko przy tym i z przyjemnością widoczną rozpyty-
wał się dzieci, co tam w tej wodzie, w tej trawie i na tym drzewie robiły i kiedy to było? Te-
raz stał się on mężczyzną zupełnie już dojrzałym, z ramiony od kowalskiej pracy szeroko roz-
rosły, z twarzą od opalenia prawie brązową i wielkim, czarnym wąsem nad łagodnymi usty.
Znać w nim było siłę pracownika i powagę człowieka, który tylko od własnej swej pracy za-
leżał. Z czarnych oczu jego. gdy dzieci całował i po pełnej dostatków izbie się rozejrzał, pa-
trzało szczęście. Siadając na ławie zawołał:
Zuzulu! zmachałem się przy robocie, mało ręce nie poodpadają! Jeść chcę.
Nigdy prawie inaczej żony nie nazwał jak z u z u l ą, imieniem tego miłego ptaka, który
wesołym kukaniem oznajmia rozkwitłą wiosnę.
W mig będzie wieczerza! wesoło odparła kobieta i postawiła na stole lampkę z długim
kominkiem.
Od lat paru Michałek chciał już zawsze wieczerzać przy świetle lampki, łuczywo palili tyl-
ko w zimowe wieczory, ażeby w chacie jaśniej i weselej było. W mgnieniu oka dwie małe
dziewczynki znalazły się na kolanach ojca, Stasiuk na stole siedział i wszystko troje razem
43
gadało, lecz nikt ich nie słuchał. Pietrusia na stole postawiła misę dymiących się kartofli, bo-
chen chleba i nóż mężowi podała, a potem z sieni przyniosła jeszcze hładysz z kwaśnym mle-
kiem.
Wkrótce po wieczerzy dzieci zasnęły: Stasiuk pod kraciastym kilimkiem na tapczanie,
Kryśka i Halenka na piecu obok babki. Zlepa baba, przez prawnuka nakarmiona mlekiem i
kartoflami, nacałowawszy się prawnuczek i naśmiawszy się z ich szczebiotu i swawoli, zabie-
rała się także do rozciągnięcia na piecu starych swych kości, kiedy Pietrusia myjąc miski i
łyżki odezwała się nagle:
Aha! jaż wam nie opowiedziała jeszcze, co mnie się dziś przytrafiło...
[ Pobierz całość w formacie PDF ]